Wietrzne dorsze z Morza Północnego

Burgstaaken to niewielkie portowe miasteczko landu Szlezwik Holsztyn, na wyspie Fehmarn, na brzegu morza Północnego. „Wyspiarskie” usytuowanie sprzyja wędkarstwu zarówno plażowemu, jak i kutrowemu.

Mimo bardzo często wiejących tu silnych wiatrów, zawsze można się schronić przed porywami od zawietrznej strony wyspy.   Zarówno Heiligenhafen, leżące jeszcze na kontynencie, jak i Burgstaaken to porty w których cumują jednostki pływające z wędkarzami.

Tradycyjnie, późną jesienią,  berliński związek wędkarski ( DAV – Landesverband Berlin ) organizuje zawody morskie – Berlin Winterpokal – czyli Zimowy Puchar Berlina.

To bardzo sprawnie zorganizowana międzynarodowa impreza. Poza Niemcami i drużyną z Polski, startują jeszcze Rosjanie. Poza niżej podpisanym, nasz kraj i Okręg reprezentują jeszcze Tomek Frelik – trener Kadry Narodowej w Wędkarstwie Morskim, oraz Andrzej Rudnicki – Członek Kadry Narodowej.

W tym roku, wraz z zawodnikami z Berlina zakwaterowani byliśmy w urokliwym hotelu Schutzenhof, leżącym w niewielkiej odległości od portu i od naszej jednostki.

Podróż z Warszawy zajęła nam około 10 godzin. Co ciekawe, znacznie lepiej jechało nam się przez Polskę... Niemieckie autostrady nie wyglądały ciekawie. Rozgrzebane, remonty i objazdy. Duży plus dla polskich drogowców. Około 16 meldujemy się na miejscu, gdzie spotykamy naszych gospodarzy – Klausa i Lutza.

Przy obiadokolacji omawiamy regulamin zawodów i integrujemy się ;).

Jeszcze wieczorny spacer do portu i możemy wracać do hotelu.

Oczywiście, to jeszcze nie koniec dnia... Obowiązkowy przegląd przynęt, wybór wędzisk, zbrojenie... to już tradycja. Tylko jedna rzecz nas martwi... Pogoda. Wieje bardzo silny północny wiatr i niepokoimy się, czy uda nam się wypłynąć...

Ranek wita nas nieco słabszym wiatrem, ale i tak morze wygląda groźnie. Prognozy są jednak dość optymistyczne. Wiatr „ma siadać”... Co nie zmienia faktu, że wypływamy przy mocnej „szóstce”.

Tutaj muszę jednak pochwalić łódź z której mamy łowić. To MS Karoline.

Mam przyjemność wędkować z niej nie po raz pierwszy i niezmiennie jestem pod wrażeniem jej dzielności. Nawet przy mocno niesprzyjających warunkach,  łowienie jest wygodne i niemal komfortowe.

Wypływamy o godzinie siódmej. Pierwsze napłynięcia już ok 30 min od portu. Na razie zupełnie puste. Wiatr  bardzo utrudnia łowienie. Praktycznie nie ma szans na dokładne podanie i poprowadzenie lekkiej przynęty. Do tego dochodzi potężny dryf. Mimo bardzo niewielkiej głębokości ( łowimy na 8 – 12 metrach ), ciężko jest utrzymać pilkera o masie 140 g... Poza tym na kutrze jest dość ciasno i trzeba uważać, żeby się nie splątać z sąsiadem.

Po ok godzinie, zaczynają padać pierwsze ryby. Trudno mówić, że napływamy na ławicę. Wychodzą pojedyncze sztuki, a dryf powoduje, że błyskawicznie spływamy z łowiska. Wielu niemieckich zawodników jako przynęty używa główki jigowej – nawet do 150 g i dużej gumy. Ja jednak pozostaję wierny pilkerowi i pojedynczej przywieszce. Udaje mi się złowić dwa krótkie dorsze, a tuż przed przejściem zaliczam ładnego, grubiutkiego pięćdziesiątaka. Niby to tylko jedna ryba, ale łowi się już zupełnie inaczej. Pojawia się luz. Mimo, że nie są to zawody rangi mistrzowskiej, zawsze element rywalizacji jest.

W przerwie rozmawiamy z chłopakami, wymieniamy uwagi. Andrzej ma 3 ryby, Tomek jedną, jak ja, ale znacznie większą. Po przejściu Andrzej doławia witlinka. Wygląda na małego, ale okazuje się, że ma 26 cm, czyli do zaliczenia. Ja też łowię jednego, ale troszkę mu brakuje do wymiaru. Wiatr trochę cichnie i mogę łowić lżej. Próbuję mojej ulubionej osiemdziesiątki „Baltic Star” w kolorze miodowym i szybko łowię dwa krótkie dorsze. Czas płynie nieubłaganie... Tomek doławia drugą dobrą rybę. Andrzej i ja – nic... Ale na zawodach często jest tak, że w końcu można się doczekać swoich pięciu minut... Trzeba tylko cierpliwości... Bardzo często zmieniam przynęty. Praktycznie co trzeci – czwarty rzut zakładam nową gumę.

I wreszcie trafiam... Zakładam pomarańczowego „roztrzepańca” - bardzo fantazyjną imitację krewetki z dużą ilością wiszących „farfocli”. Nie mogę rzucić daleko, bo ciężko mi się zgrać z sąsiadami – często krzyżują linki  zostaję praktycznie bez możliwości wykonania dalekiego rzutu. Nic to. Opuszczam przynętę pod kuter i... od razu pewne uderzenie. Ryba dobrze walczy, na pewno jest wymiarowa. Chwila emocji przy podbieraniu i jest moja – dobrze ponad 50 cm. Na przywieszkę... Widzę, że otworzyła się przede mną możliwość dalekiego rzutu, bo sąsiedzi się splątali. Pilker leci daleko, wpada do wody, ja staram się kontrolować plecionkę, żeby nie robił się balon. Kiedy tylko plecionka się wyprostowała mam sandaczowe stuknięcie. Krótkie, agresywne... zacinam i mam kolejną rybę. Ponieważ jesteśmy na napływie, hol jest dość szybki i zdecydowany. To kolejna dobra ryba. Jest nieźle. Mam już trzy ładne sztuki. Kolejny rzut nieco bliżej i powtórka z rozrywki. Tym razem to naprawdę ładny klocek. Niestety szybko się spina. Przykrość. Ale tak musi być. Nie każdą rybę się wyjmuje. Żal, bo na pewno była bardzo ładna. Wszystkie brania na przywieszkę, która jest już mocno zmasakrowana. Poprawiam przynętę, rzucam i kolejne branie! Sąsiedzi bez dotyku, cała burta tylko patrzy, a ja holuję kolejną rybę. Znów wymiarowa. I wszystko w niecałe piętnaście minut... Niestety nie udaje mi się wykonać kolejnego rzutu. Jest sygnał. Zmieniamy łowisko. Trochę się uspokajam. Wychodzę z transu. Szkoda, bo kiedy przychodzi taki moment, zaczyna się łowić automatycznie. Zapamiętuje się sposób prowadzenia, kąta podania przynęty, napięcia plecionki... Kiedy emocje schodzą, można zgubić rytm. Ale nic to. Trzeba walczyć dalej. Szyper podaje informację, że to ostatnie napłynięcie. Stajemy. Od razu rzucam daleko. Pilker łapie dno. Dwa mocniejsze skoki, opad i... branie w locie. Dobrze jest. Czuję to łowienie. Spokojny hol i mam piątą rybę.

Niestety kolejnego rzutu już nie zdążyłem wykonać. Potrójny sygnał i kończymy łowienie. Wiem, że Lutz ma też pięć dorszy, ale dodatkowo jeszcze trzy witlinki. Zresztą nieważne ile kto ma. Cieszę się, że udało mi się podnieść i z marnego wyniku zbudować coś dobrego.

No i przy mierzeniu niespodzianka. Okazuje się, że przegrywam tylko z Lutzem. Andrzej z czterema rybami jest czwarty, a Tomek z dwoma dużymi dorszami zajmuje szóste miejsce.

To naprawdę świetny wynik. Drużynowo jesteśmy bezkonkurencyjni. A i indywidualnie nie ma się czego wstydzić. Druga, czwarta i szósta lokata wśród czterdziestu zawodników to świetny wynik.

Wieczorem mały bankiet, podsumowanie wyników. Każdy z zawodników otrzymuje prezenty od KONGERA. Atmosfera jak zawsze wyborna.

A w niedzielę już bez zawodów – rejs towarzyski. Próbujemy łowić witlinki, niestety nie bardzo chcą współpracować. Najlepsze wyniki robią wędkarze łowiący na przynęty naturalne – świdraki i krewetki. Nie jesteśmy przygotowani na takie wędkowanie, a poza tym chyba wolimy tradycyjne metody...

Łowimy do godziny 16, na naszych kolegów z Berlina czeka już autokar. Żegnamy się do przyszłego roku. Wieczorem jemy jeszcze pożegnalną kolację z Lutzem i Klausem. A rano wyjazd i powrót do Warszawy.

Nie pierwszy raz łowiliśmy na morzu Północnym w okolicach Heiligenhafen. Technika łowienia w zasadzie nie bardzo różni się od tej, jaką stosujemy na Bałtyku. Jedyna poważna różnica to głębokości na jakich wędkujemy. Tu raczej nie łowi się głębiej niż na 10  - 15 metrach. Przy sprzyjających warunkach pogodowych używamy pilkerów o masie nawet 35 – 40g. , czy 40 gramowych główek jigowych. Łowienie przypomina trochę słodkowodne sandaczowanie... W wodzie jest dużo zielska, które momentami uniemożliwia prawidłowe prowadzenie pilkera, dlatego często używa się zestawów z nieuzbrojonym pilkerem i dwiema przywieszkami. Duże jednostki i płytka woda nie sprzyja też napłynięciom na bardzo bogate ławice. Ryby są rozproszone, ciężko jest złowić kilka, lub kilkanaście ryb z napływu. Częściej trafiają się też ryby inne niż dorsze. Łowimy witlinki i makrele.

Bardzo przyjemnie jest skonfrontować swoje umiejętności i doświadczenia morskie z nową wodą. Mam nadzieję, że i w przyszłym roku będziemy mieli okazję skorzystać z gościnności naszych przyjaciół z Berlina.

 

Piotrek Kozak